Trwa proces 53-latka z Kalnicy oskarżonego o znęcanie się i doprowadzenie do śmierci żony. Jak się okazuje, wobec mężczyzny prokuratura postawiła dużo więcej zarzutów.
Odbyły się dwie rozprawy. W związku z reżimem sanitarnym nie byliśmy w stanie ich śledzić na bieżąco.
Jak się dowiedzieliśmy, według biegłych 53-latek został uznany za poczytalnego. Jak już pisaliśmy, w ramach toczącego się postępowania umieszczono go na obserwacji. Biegli uznali jednak, że nie ma podstaw, by uznać, iż działał on w stanie niepoczytalności. Obecnie na zakończenie procesu mężczyzna czeka w areszcie.
CZYTAJ TEŻ: Śmierć kobiety w Kalnicy. Jej mąż trafił do aresztu
Główny zarzut, który postawiono mieszkańcowi Kalnicy dotyczy spowodowania poważnego uszczerbku na zdrowiu i doprowadzenia do śmierci żony. Grozi za to co najmniej pięć lat wiezienia, a maksymalnie 25 lat pozbawienia wolności lub nawet dożywocie.
Do tego dramatycznego zdarzenia miało dojść w nocy z 6 na 7 września ubiegłego roku.
To najcięższy, ale nie jedyny zarzut wobec Tomasza J. Według prokuratury, brutalne pobicie prowadzące do śmierci kobiety były tragicznym finałem wieloletniego rodzinnego dramatu.
W akcie oskarżenia wpisano, iż 53-latek fizycznie i psychicznie znęcał się on nad małżonką co najmniej od jesieni 2013 roku.
„Będąc pod wpływem alkoholu, jak i trzeźwym, wszczynał bezpodstawne awantury, podczas których wyzywał żonę słowami wulgarnymi powszechnie uznawanymi za obelżywe, zastraszał, groził pozbawieniem życia, ograniczał kontakty z rodziną i znajomymi, wmawiał chorobę neurologiczną, posądzał o zdrady, polecał pisanie pamiętnika i opisywanie w nim niemających miejsca w rzeczywistości kontaktów seksualnych z innymi mężczyznami” - czytamy w akcie oskarżenia.
Jak ustaliła prokuratura, oskarżony często posuwał się do rękoczynów.
„... uderzał rękoma i nogami po całym ciele, a w nocy z 27 na 28 lipca 2018 roku także kijkami do nordic walkingu” - wyliczył prokurator Adam Naumczuk.
To właśnie podczas tej lipcowej awantury miał złamać żonie rękę. Skatowaną matkę, ubrudzoną błotem widziała ich córka. Widziała też powyginane kije do nordic walkingu. Obok siedział pijany ojciec. Córka zrobiła nawet telefonem zdjęcia obrażeń matki, jej ubrania oraz powyginanych kijków.
Jak ustalił prokurator, Tomasz J. postanowił jeszcze na tym zarobić i polecił całkowicie zależnej od siebie żonie złożyć wniosek o odszkodowanie z KRUS. Anna J. na polecenie męża miała stwierdzić, iż do złamania ręki doszło podczas prac polowych. W związku z tym wydarzeniem mężczyzna również otrzymał zarzut oszukania pracownika KRUS i narażenia skarbu państwa na stratę około 2,5 tys. zł.
Awantury wielokrotnie się powtarzały. Według świadków bita kobieta często uciekała z domu. Przed oprawcą chowała się w stodole, krzakach, u sąsiadów lub rodziny.
Pewnego razu, gdy ukryła się w domu brata, małżonek miał tak usilnie dobijać się do jego drzwi, że aż je uszkodził. Za to również otrzymał zarzut.
Według ustaleń prokuratury, Tomasz J. był agresywny nie tylko wobec żony. W grudniu 2018 roku miał wywieźć do lasu i pobić jednego z domniemanych kochanków małżonki - kierowcę autobusu, którym przed laty jego żona dojeżdżała do pracy. Po mężczyznę tego pojechał z żoną do Brańska. Ten był akurat po dwóch piwach. Oprawca najpierw upewnił się, że ma do czynienia z odpowiednią osobą, a później siłą wciągnął go do samochodu. Po drodze mówił, że ów przed laty zniszczył jego małżeństwo. Wywiózł go na skraj lasu i pobił, a następnie wrzucił do bagażnika samochodu i odwiózł w okolice Brańska. Tam pozostawił w przydrożnym rowie. Mężczyzna zgłosił sprawę na policję, ale wówczas nie był w stanie wskazać sprawcy. Powód pobicia był nierealny. Obrażenia mężczyzny nie okazały się poważne. Ale i za ten czyn Tomasz J. usłyszał zarzut.
Prokurator zarzucił też oskarżonemu próbę wpływania na zeznania córki. J. w listach do niej pisanych m.in. z aresztu miał sugerować, by odwołała to, co wcześniej powiedziała śledczym, a jako powód podała to, że zeznawała pod wpływem emocji.
Listę zarzutów uzupełnia jeszcze fakt posiadania amunicji, którą w domu Tomasza J. znaleźli funkcjonariusze. Tę, jak stwierdził oskarżony, znalazł w lesie.
Anna J. i jej rodzina podejmowali pojedyncze próby zgłoszenia sprawy na policję. Wszczęto nawet procedurę tzw. niebieskiej karty. Było to niedługo przed tragicznymi wydarzeniami z września ubiegłego roku
W nocy z 6 na 7 września 2019 roku po godz. 4 Tomasz J. zadzwonił na pogotowie. Ratownicy przybyli na miejsce i zauważyli niedająca oznak życia kobietę. Próbowali ją reanimować. Bezskutecznie. Widząc jej obrażenia, zawiadomili policję. Gdy funkcjonariusze przybyli na miejsce, ciało kobiety leżało w kuchni. Jej ubranie było mokre. Mąż stwierdził, że nie wie, co się z kobietą stało. Zapewniał, że gdy wrócił z obrządku na gospodarstwie, zastał ją leżącą w kuchni. Badanie alkomatem wykazało, że był nietrzeźwy.
Na podwórzu obok studni stał samochód należący do J. Reflektory miał skierowane w kierunku domu, a obok studni było mokro. Funkcjonariusze znaleźli też ślady pojazdu prowadzące aż za stodołę, tam też znaleziono jeden but kobiecy, drugi był w domu. W domu była także niepełnosprawna córka denatki i jej męża. Druga córka wróciła, gdy policja prowadziła już swoje czynności. Ta zeznała, że 6 września około 22 położyła się spać, ale gdy usłyszała krzyczącego ojca, wyszła z domu. Jak dodała, często tak robiła w podobnych sytuacjach. Gdy ojciec wyszedł zrobić obrządek, matka prosiła ją, by została, bo się bała. Śledczym opowiedziała też o liście, który jakiś czas temu przekazała jej matka. Wymieniła w nim miejsca, w których należy szukać jej ciała, w przypadku gdyby zniknęła.
Córka rozpoznała okazany przez śledczych but matki i dodała, że w czasie awantur często uciekała ona od ojca za stodołę. Wspomniała też, że ktoś do niej dzwonił z telefonu mieszkającej z nimi babci, pewnie było to któreś z rodziców.
Sąsiad zeznał z kolei, iż pamięta, że tej nocy Tomasz J. zawracał autem po swojej posesji kierując światła reflektorów w kierunku budynków gospodarczych. Było to około godz. 3. Córka denatki dodała, iż nigdy wcześniej nie widziała, by ojciec zostawiał auto w tym miejscu, w którym je zastała po powrocie. Nigdy wcześniej nie widziała także gumowego węża, który znajdował się w bagażniku.
Policjanci podczas przeszukania domu znaleźli amunicję, która - co sprawdzono - nadawała się do użytku. Po dokładniejszych przeszukaniach znaleźli też pamiętnik, który jak zeznała córka, denatka pisała pod dyktando oprawcy.
Jak podkreśla prokuratura, wyniki sekcji zwłok nie pozostawiają wątpliwości. Anna J. została skatowana. Biegli wykazali liczne otłuczenia na wszystkich kończynach, rozległe obrażenia głowy i twarzy, wybite zęby, ślady po uderzeniach w okolicach klatki piersiowej, brzucha i pachwin. Stwierdzili krwawienie do komór mózgowych i pnia mózgu, mniejszy wylew krwawy do jam płucnych i śledziony. Biegli uznali, iż obrażenia to ślady po uderzeniach tępym narzędziem.
A co na to oskarżony?
W trakcie śledztwa nie przyznał się do winy. Twierdził, że do śmierci syna (zginął kilka lat wcześniej w wypadku) byli zgodnym małżeństwem. Dopiero później żona przyznała mu się do licznych zdrad. Przyznał, że zaproponował jej spisanie ich wszystkich w pamiętniku, a sam zaczął nadużywać alkoholu i zamierzał się rozwieźć. Opisując wrześniowe wydarzenia, zeznał, iż 6 września wraz z żoną kopali ziemniaki. Później pili piwo siedząc w bagażniku auta zaparkowanego za stodołą. Wówczas - jak zeznał, - żona miała mu powiedzieć, że nie jest biologicznym ojcem ich córki. Wówczas ją parokrotnie kopnął w pośladki. Następnie mieli wrócić do domu. Tam obejrzał mecz, a następnie poszedł robić obrządek. Jak zeznał, wrócił około godz. 2 w nocy. Miał zastać żonę pobitą i w mokrym ubraniu. Oddychała, ale była nieprzytomna. Zaczął jej reanimację. Zadzwonił po pogotowie i próbował dodzwonić się do córki.
Jak jednak podkreśla prokurator, w nagraniu zarejestrowanym na pogotowiu słychać było, że ma równy miarowy oddech, co świadczy, że raczej reanimacji nie prowadził.
- Przesłuchany w charakterze podejrzanego Tomasz J. nie przyznał się do popełnienia zarzucanych mu czynów - stwierdził prokurator Adam Naumczuk. - W toku postępowania powzięto uzasadnioną wątpliwość co do jego stanu zdrowia psychicznego. Po przeprowadzeniu badań biegli lekarze psychiatrzy nie stwierdzili u niego choroby psychicznej, upośledzenia umysłowego, stwierdzili u niego natomiast zespół uzależnienia od alkoholu i zaburzenia osobowości typ dyssocjalny. W chwili popełnienia czynów, o które był podejrzany, miał on zachowaną zdolność pokierowania swoim postępowaniem.
Prokurator podkreślił też w akcie oskarżenia, iż w nocy z 6 na 7 września 2019 wielokrotnie uderzając ofiarę w głowę, oskarżony przewidywał skutki takich ciosów.
(bisu)


