Spotkaliśmy się z emerytowanymi pracownikami poczty z Brańska. Wspomnieniami dzielili się: Krystyna Zakrzewska - wieloletnia naczelnik UP, Maria Chotycka - pracująca jako asystentka oraz Kazimierz Chotycki - listonosz. ”
Kazimierz Chotycki - listonosz:
- Pracę na poczcie rozpocząłem w 1963 roku, za namową mojego już nieżyjącego kolegi listonosza, który uważał, że nadawałbym się do tej profesji - akurat zwolnił się jeden etat. Skorzystałem z takiej propozycji, otrzymując do obsłużenia część wsi z terenu gminy. Jako 18-latek nie czułem się pewnie i można powiedzieć, że bardzo mocno doświadczyłem „syndromu pierwszego dnia w pracy". W tamtych czasach prenumerata gazet papierowych była powszechna i masowa - było ich do rozniesienia nawet 150 jednego dnia. Dodajmy do tego listy polecone i inne przesyłki. Nazajutrz przestraszony takim stanem rzeczy... po prostu nie przyszedłem rano do pracy. Wspomniany kolega nie dawał jednak za wygraną, po raz kolejny silnie mnie przekonując, że warto pozostać w tym zawodzie. Tym razem zrobił to na tyle skutecznie, że z przerwą na 2-letnią służbę wojskową, listonoszem pozostałem aż do emerytury, przezwyciężając wszelkie obawy. Uświadomiłem sobie, że wystarczy dobrze poznać i zrozumieć ludzi, a wtedy będzie mi o wiele łatwiej odnaleźć się w nowej roli.
Przez lata obsługiwałem teren miasta Brańsk, do którego przypisanych było kiedyś zaledwie dwóch listonoszy. Można powiedzieć, że w tym czasie moje oczy i uszy widziały i słyszały wszystko. Zastawałem ludzi w sytuacjach intymnych (bez szczegółów - śmiech), byłem świadkiem śmierci, a nawet uratowałem życie osobie w stanie hipoglikemii. Nie brakowało zaproszeń do uczestnictwa w świętowaniu z rodzinami typu: poprawiny po weselach, chrzciny, imieniny - nie będę udawał świętego. Podkreślam jednak, że wynikało to z tego, że niektórzy traktowali mnie niemal jak członka rodziny i nawet nazywali mnie pieszczotliwie „wujkiem Kazikiem". Czym byłby ten zawód bez pogryzień przez psy? Na szczęście u mnie w liczbie pojedynczej, ponieważ zdarzyło mi się to tylko jeden jedyny raz, ale za to z dożywotnią pamiątką na ręce. Przeżyłem też wypadek na rowerze, gdy zostałem potrącony przez auto w czasie burzy śnieżnej. Zimy w czasach PRL-u były zresztą niezwykle srogie - do pobliskich wsi chodziło się wtedy piechotą, przebijając się czasami nawet przez warstwę śniegu sięgającą do pasa. Jeden z moich kolegów - Janek - z kolei docierał tam... na nartach. Do dalszych miejscowości zamawiało się woźnicę, który transportował listonosza i jego przesyłki saniami - są to obrazki dzisiaj niespotykane, ale pomimo całego włożonego trudu miały swój niepowtarzalny urok i klimat.
Do dzisiaj znajomi wypominają mi, że za głośno mówię, a czasami wręcz krzyczę bez potrzeby - tłumaczę im, że pracując tyle lat jako listonosz nie można oduczyć się tak donośnej artykulacji, gdy trzeba było wiele razy w ciągu dnia kogoś wywoływać z daleka lub też oznajmiać swoje przybycie do domu klienta.
Co zapadło mi jeszcze w pamięć? Z pewnością jedyny taki dzień w roku, jakim jest Wigilia świąt Bożego Narodzenia - wówczas włączałem zawsze piąty bieg, ponieważ za punkt honoru postawiłem sobie, by żadna z powierzonych mi w pewien sposób rodzin nie pozostała bez życzeń świątecznych lub miała dostać je z opóźnieniem. W tej sytuacji mogę przyznać z pełnym przekonaniem, że zawsze robiłem wszystko, co w mojej mocy, by wypełnić zakładany przez siebie plan. Nie mogę nie wspomnieć o specyficznych dowodach wdzięczności za całoroczny trud - najbardziej pomysłowi byli mieszkańcy bloków, którzy w swoich skrzynkach przed świętami umieszczali banknoty - najczęściej 10 lub 20 zł - wiedząc, że otwierając je, otrzymam niezwykle miłą niespodziankę. Tutaj pieniądze jednak naprawdę schodziły na dalszy plan, gdy doświadczałem tak pięknego gestu podziękowania - było mi po prostu bardzo miło z tego powodu, czułem że wykonywana przeze mnie praca jest doceniona.
Co było trudne? Z pewnością wypłacanie świadczeń gotówkowych w okresie denominacji, gdy operowaliśmy w tym samym czasie starymi i nowymi banknotami o zupełnie innych nominałach i rzeczywistej wartości. Dobrze, że obecnie nie ma podobnych problemów, które zabierają czas i nerwy, wymagając zarazem dużego skupienia.
Co zawdzięczam pracy na poczcie? Przede wszystkim docierałem z listami do mojej przyszłej żony Marii, która zresztą po pewnym czasie sama dołączyła do pocztowej rodziny, o czym za chwilę sama opowie. Poza tym masa pięknych wspomnień. Odchodząc na emeryturę czułem się wręcz niezastąpiony, ale młodsi koledzy szybko wyprowadzili mnie z tego przekonania - świetnie sobie radzą i są naprawdę bardzo sympatycznymi ludźmi.
Maria Chotycka - asystentka pocztowa:
- Na poczcie pracowałam w latach 1971-2008, rozpoczynając swoją przygodę dzięki namowom męża, który poinformował mnie, że zwolnił się jeden etat i będziemy mogli pracować w jednym urzędzie. Szybko przeżyłam tzw. chrzest bojowy, gdy przed świętami Bożego Narodzenia (1971) wraz z koleżanką nadałyśmy jednego dnia aż 157 paczek. Dzisiaj mogę powiedzieć, a zarazem pochwalić się, że powierzano mi wszystkie możliwe zadania w pracy pocztowca, ponieważ byłam asystentką przy różnego typu okienkach, delegowana jako p.o. naczelnika do pobliskich urzędów, a nawet przez dwa tygodnie z powodu chwilowego braku rąk do pracy... roznosiłam listy na terenie Brańska!
Ciekawe sytuacje? Z pewnością nietypowe żywe przesyłki typu pszczoły, ptaki, czy też niegdyś masowo wysyłana żywność (zwłaszcza mięso na święta - gęś, wędlina). Dzisiaj jest to już niespotykane - wtedy było to na porządku dziennym. Dla odmiany części samochodowe w paczkach były kiedyś ewenementem, a obecnie nikogo już nie dziwią. Nie brakowało komicznych sytuacji - jak nieudolnie tworzone paczki wykonane własnoręcznie przez klientów, które przy pierwszym wzięciu do ręki rozpadały się na kawałki. Tak jak mąż już wspominał - denominacja i hiperinflacja dały w kość wszystkim pocztowcom, zwłaszcza gdy trafiało się na niecierpliwego i wymagającego klienta. Praca z ludźmi i obracanie zarazem często dużymi kwotami to jednak wielka odpowiedzialność - wbrew temu, co się mówi o paniach z okienka pocztowego, które rzekomo zamieniają się w żywe automaty. To nieprawda i takie opinie są dla nas bardzo krzywdzące, ponieważ zawsze wymagano od nas wielkiego skupienia, a my spełnialiśmy jak najlepiej te wymagania. Dodam, że nawet dla dzisiejszych emerytów obsługa komputera nie jest zadaniem niewykonalnym (dzisiaj zresztą całkiem nieźle sobie z nią radzę), to jednak pod koniec lat 90. było to coś łatwego chyba tylko dla dzieci i młodzieży. Pierwsze komputery na poczcie sprawiały nam wiele problemów - przyjechał instruktor, który starał się szybko wytłumaczyć zasady ich obsługi, ale zaraz po jego wyjeździe zostawaliśmy z tym zupełnie sami, praktycznie bezradni. Tutaj potrzeba było wiele czasu na naukę, najczęściej metodą prób i błędów. Z czasem poradziliśmy sobie i z tym wyzwaniem.
Krystyna Zakrzewska - wieloletnia naczelnik UP
- W 1967 roku, zaraz po zdaniu matury w białostockim technikum włókienniczym, śp. Leokadia Rzewuska - naczelnik UPT w Rudce powiedziała mojej mamie, że potrzebuje rąk do pracy - najlepiej kogoś młodego i energicznego, stąd pomyślała o mnie. Nie zastanawiałam się długo i skorzystałam z propozycji, dołączając do załogi rudzkiego urzędu pocztowo-telekomunikacyjnego. Młodsi Czytelnicy nie pamiętają, ale przez wiele lat poczta była połączona z telekomunikacją, a pocztowcy współpracowali z tzw. łącznościowcami. Przy okienku zajmowałam się więc nie tylko pomocą w nadawaniu listów i telegramów (kolejna nieistniejąca usługa), ale i łączeniem rozmów. W 1972 roku zostałam mamą syna Marka, z czym wiąże się kolejna ciekawostka, tym razem zwłaszcza dla dzisiejszych młodych mam. Otóż wróciłam do pracy po zaledwie 3-miesięcznym urlopie macierzyńskim. Tym razem udało mi się przenieść do rodzinnego miasteczka, by przynajmniej oszczędzić czas potrzebny na dotarcie do rodziny, zwłaszcza malutkiego synka. Dzisiejszy UP mieści się przy ul. Rynek, ale pracowaliśmy wcześniej w siedzibie przy ul. Sienkiewicza. Ówczesna kadra nie była tak liczna jak dzisiaj, gdy listonosze z Brańska obsługują miejscowości położone nawet w gminie Wyszki. Wtedy pracowało ich zaledwie czterech, czyli - jak już Kazik wspominał - dwóch na terenie miasta oraz dwóch na terenie najbliższych wsi oraz trzy panie przy okienku (kasowe, telekomunikacyjne z telegramami, ekspedycyjne), a nad wszystkim czuwał(a) naczelnik, którą to funkcję objęłam w pierwszej połowie lat 80. Na tym stanowisku pozostałam niemal do samej emerytury w 2002 roku, ponieważ w ostatnich latach pełniłam jeszcze funkcję kierownika zmiany. 35 lat na poczcie wspominam bardzo dobrze - w pracy panowała rodzinna atmosfera, byliśmy ze sobą bardzo zżyci i wyrozumiali dla siebie.
Z perspektywy czasu widzę jak bardzo zmieniła się organizacja PP - mniejsze placówki dołączono do większych, a sam ich wystrój wzbogacił się m.in. o żywność, materiały przemysłowe, kiedy dawniej typowy urząd pocztowy nie był aż tak rozbudowany. Dzisiaj świadczone są różnorodne usługi np. pożyczkowe, kiedyś poczta stała przede wszystkim przesyłkami oraz dystrybucją gazet i czasopism, których było wtedy multum, zwłaszcza jeśli chodzi o liczbę prenumeratorów. Marysia wspomniała o naszym zderzeniu z postępem technicznym - rzeczywiście, to była poważna zmiana, bo sama pamiętam jeszcze używanie liczydeł, gdy nawet nie było jeszcze tematu kalkulatorów. Ponadto cała dokumentacja była sporządzana ręcznie, a było jej niemało. Dzisiaj jestem oczywiście na zasłużonej emeryturze, ale zawsze z przyjemnością wracam wspomnieniami do tamtych lat.
Kamil Pietraszko
Archiwalne zdjęcia pocztowców z Brańska:


