Pochodzi z Poznania, liceum felczerskie skończył w Łodzi, a ostatecznie trafił na Podlasie. 79-letni Stefan Torczyński od 61 lat pełni swoją praktykę w założonych przez siebie NZOZ w Widźgowie (Holonkach), Brańsku, Chrabołach i Łubinie Kościelnym. W swoim lokalnym środowisku jest prawdziwym autorytetem w dziedzinie medycyny oraz świetnym przykładem dla młodych lekarzy jak bardzo można poświęcić się swojej pracy, którą sam nazywa życiowym powołaniem w służbie drugiemu człowiekowi.
Wykonuje pan zawód felczera medycyny. Dla większości młodych ludzi jest to określenie ze słownika wyrazów obcych. Proszę opowiedzieć o tej wymierającej już profesji, której jest pan jednym z ostatnich reprezentantów, a z pewnością ostatnim na Podlasiu.
- Jestem jednym z najmłodszych, jeśli nie najmłodszym polskim felczerem medycyny, ponieważ rok ukończenia przeze mnie łódzkiej szkoły, a zarazem zdania równolegle matury (1958) był ostatnim, w którym wydawano uprawnienia felczerskie, a moi kursowi koledzy albo w późniejszym czasie ukończyli pełnoprawne studia lekarskie, albo już odeszli z tego świata. Na świecie są jednak mniej sędziwi reprezentanci tego zawodu, ponieważ w Związku Radzieckim nieco później zrezygnowano z prowadzenia szkół felczerskich. Geneza tej profesji w Polsce sięga pierwszych lat po II wojnie światowej, kiedy to dostrzeżono poważny deficyt osób o wiedzy medycznej w społeczeństwie. Wielu wykształconych lekarzy zginęło na froncie lub w wyniku innych działań wojennych, tak więc trudna sytuacja zmusiła państwo do ustanowienia zawodu, który można było uprawiać już po trzech latach edukacji. Felczerzy byli najbliżej, gdy w danym rejonie brakowało wspomnianych medyków do leczenia i udzielania w profesjonalny sposób pierwszej pomocy w nagłych przypadkach. Kilkanaście specjalnych szkół wysyłało swoich absolwentów w najtrudniejsze - pod względem warunków pracy - miejsca naszego kraju, gdzie najczęściej felczerzy musieli działać w spartańskich warunkach, przy ograniczonych środkach komunikacji, lokomocji oraz ze słabym dostępem do lekarstw i przyrządów medycznych. Podlasie - gdzie zostałem oddelegowany z rodzinnego Poznania - było szczególnie doświadczone przez lata zawieruchy wojennej, dlatego miałem ręce pełne roboty, co wymagało to ode mnie ogromnej pokory i poświęcenia.
Na myśl przychodzi mi porównanie zawodu felczera do spotykanego w dzisiejszych czasach zajęcia ratownika medycznego. Czy jest to trafne spostrzeżenie?
- Nie do końca można porównywać ze sobą te dwie profesje, ponieważ ratownik medyczny zajmuje się przede wszystkim udzielaniem pierwszej pomocy w nagłych wypadkach, felczer zaś dodaje do tego obowiązek dalszego leczenia pacjenta. Owszem, ów starszy zawód nie pozwala na wykonywanie wszystkich czynności należących do lekarza, ale za to do zdecydowanej większości z nich. Ratownik medyczny ma jednak bardziej ograniczoną paletę zadań i uprawnień. W czasie moich przygotowań zetknąłem się z praktycznie wszystkimi przedmiotami wykładanymi na Akademii Medycznej, ale po prostu w mniejszym wymiarze czasowym, ponieważ potrzebowano naszych rąk do pracy, do pomocy ludziom i dlatego nauka w szkole felczerskiej trwała trzy, a nie sześć lat.
Czy doświadczony felczer medycyny dysponuje większą wiedzą od młodego lekarza medycyny?
- Wszystko jest rzeczą względną. W każdym zawodzie znajdziemy zarówno prymusów, jak i nieuków. Czasami wiedza nie wystarcza, gdy brakuje doświadczenia. Profesja ta wymaga - jak już wcześniej zaznaczyłem - wielkiej pokory, ponieważ niepokornego lekarza, który jest święcie przekonany o swojej bogatej znajomości medycyny może zgubić zbytnia pewność siebie i mały bagaż zawodowych przeżyć. Osoba zdolna, która z wyróżnieniem ukończyła studia, na pewno bardzo dużo umie. Felczer mogący pochwalić się wieloletnią praktyką, a przez lata stale się dokształcający jest zapewne na podobnym poziomie.
Zostańmy jeszcze w temacie młodych medyków. Czy pokolenie ludzi wykształconych pod tym kątem w ostatnich latach znacząco różni się od tzw. starej szkoły?
- Na całym świecie, w wielu dziedzinach możemy zaobserwować, że dzisiejsze młode pokolenie inaczej podchodzi do wyznaczonych obowiązków zawodowych oraz do patriotyzmu. Dawniej pracowano za naprawdę niskie pieniądze - często poniżej minimum socjalnego i nie było słychać o masowym narzekaniu na swój los. Zresztą wszyscy żyliśmy kiedyś na niższym poziomie. Obecnie dochodzą do mnie głosy o pracy w medycynie z pobudek czysto materialnych, dla wzbogacenia się, choć nadal nie brakuje ludzi szlachetnych, którzy podjęli się wykonywania tego pięknego zawodu z powodów humanitarnych, czując powołanie do pomagania drugiemu człowiekowi. Idealistów nie brakuje, ale liczba lekarzy goniących przede wszystkim za pieniądzem wzrosła.
Praca przed 60 laty, a obecnie - różnica musi być kolosalna...
- Dzisiaj praca medyka jest zdecydowanie łatwiejsza. U początków mojej przygody z medycyną, gdy przychodził do mnie pacjent z bólem brzucha, nie mogłem z pełnym przekonaniem określić, co mu tak naprawdę dolega, ponieważ nie posiadałem odpowiednich środków do prawidłowej diagnostyki chorego. Dzisiaj kieruję osobę z taką dolegliwością na USG, na gastroskopię i kolejny lekarz wykonuje dalszą, specjalistyczną analizę sytuacji. Wtedy musiałem bardzo często kierować się intuicją, zadecydować o dalszym losie pacjenta, nie wiedząc tak naprawdę, czy jest on w stanie zagrożenia życia, czy jednak przeżywa właśnie krótkotrwały i niegroźny dyskomfort. Dzisiaj jedyną trudnością dla chorego są długie kolejki do badań i wizyt u specjalisty, kiedyś brakowało praktycznie wszystkiego, co dzisiaj nazywamy standardowym, podstawowym narzędziem do zdiagnozowania stanu pacjenta.
Tak więc pan doktor jest świadkiem rozwoju medycyny na przestrzeni wielu dekad...
- Oczywiście, a jako człowiek urodzony w 1940 roku, miałem przecież do czynienia z medykami pracującymi jeszcze w XIX wieku, którzy również opowiadali swoje barwne historie o ówczesnym stanie medycyny i przeżytych doświadczeniach. Sam doskonale pamiętam czasy, w których dysponowaliśmy zaledwie jednym lekiem na nadciśnienie tętnicze, a jedynym antybiotykiem była penicylina. Dzisiaj na rynku mamy bogatą paletę leków przeciwbólowych - dekady temu było ich tyle, co kot napłakał. Uwaga, teraz podam wręcz niewyobrażalne liczby. W pierwszym roku pracy, tylko jednego dnia (dokładnie 2 grudnia 1958 roku) musieliśmy wykonać aż 900 szczepień przeciwko polio - dzisiejsze 5-6 takich zastrzyków dziennie jest dla mnie - co chyba zrozumiałe - liczbą śmieszną. Iniekcji przeciwko durowi brzusznemu było z kolei od 100 do 200 na dzień, ale w ciągu dwóch miesięcy łączna ich liczba dochodziła do blisko 3000. Kolejna przykra ciekawostka - nie dysponowaliśmy jednorazowymi strzykawkami, ale tzw. składanymi, wielokrotnego użytku, których nie sterylizowaliśmy tak jak byśmy chcieli, skoro na wsiach nie doprowadzono jeszcze wtedy prądu. Jedyną drogą do oczyszczenia narzędzi było ich gotowanie we wrzącej wodzie - spirytusu i denaturatu najczęściej nie można było dostać, ponieważ przyznawano je na kartki od powiatowej rady lekarskiej w ilości - 2 litry na miesiąc. Owa kartka była bardzo często bezwartościowa, bo w sklepie nie dysponowano takim towarem, nagminnie odczuwaliśmy braki. Wizyty domowe wiązały się z brakiem ogólnie dostępnych dzisiaj: samochodu i telefonu. Zdarzały się sytuacje, że docierałem do swojego pacjenta oddalonego o 10 km od mojego miejsca pracy, po czym wracałem do przychodni, gdzie czekało na mnie kolejne wezwanie z sąsiedniej wioski, którą chwilę wcześniej mijałem w drodze powrotnej.
Czy stopień zachorowalności na najbardziej znane choroby przewlekłe wzrósł na przestrzeni lat, czy jednak pozostał bez zmian? Wiadomo, że możemy rzucić okiem na ogólnodostępne statystyki i badania, ale myślę, że najlepszej odpowiedzi udzieli nam jednak medyk z 61-letnim stażem...
- Nie zauważyłem, by liczba chorych na nowotwory szczególnie wzrosła. Na przykładzie swojej praktyki lekarskiej mogę podzielić się właśnie takim prywatnym spostrzeżeniem. Z kolei gołym okiem widać, że bardzo znacząco przybyła nam liczba cukrzyków i zawałowców (kiedyś bardzo rzadkie sytuacje) - głównymi przyczynami takich zmian są nieprawidłowe żywienie i napięty styl życia, stres. O częstszym występowaniu udarów nie wspomnę - coraz więcej coraz młodszych ludzi przechodzi takie problemy. W pierwszych dziesięciu latach pracy spotkałem tylko jednego człowieka z zawałem serca, podobnie diabetyków było naprawdę niewielu. Zdecydowanie wzrosła natomiast długość życia, głównie dzięki postępowi medycyny, zmianie podejścia ludzi do profilaktyki chorób (na plus) oraz lekarzy klinicznych względem pacjentów kończących hospitalizację. Kiedyś chory po wypisaniu ze szpitala nie wiedział gdzie ma dalej pójść, często stając się bezradnym w kwestii dalszego leczenia, co skutkowało często porzuceniem walki o swoje zdrowie. Z kolei dzisiaj wyjście ze szpitala oznacza tak naprawdę początek dłuższego leczenia, o czym pacjentowi przypomina i kieruje dalej lekarz kończący jego hospitalizację.
W ostatnich latach zrobiło się głośno o przeciwnikach stosowania szczepionek - jak pan doktor odniesie się do postulatów wysuwanych przez tę grupę?
- Jest to wysoce nieodpowiedzialne niedouczenie ludzi, którzy na podstawie kilku przypadków wystąpienia działań niepożądanych po zaaplikowaniu szczepionki wysuwają mylne, wysoce przesadne wnioski. W medycynie wiele działań ratujących życie i zdrowie jest obarczonych pewnym ryzykiem powikłań, ale zwłaszcza jeśli chodzi o szczepionki, są to zdarzenia niezwykle rzadkie, zważając przy tym jak konieczne i zbawienne jest ich zastosowanie. Wyobraźmy sobie, że ktoś nie szczepi dziecka przeciwko tężcowi, z którego bakteriami spotykamy się przecież na bieżąco, codziennie, wszędzie. Wtedy przy - z pozoru błahym - otarciu naskórka, może dojść do tragedii. Mój chrzestny ojciec obtarł kiedyś sobie palec cegłą i potem całkowicie zbagatelizował powstałą małą ranę, a ta doprowadziła go niestety w kilka dni do zachorowania i śmierci. Kiedyś zmagałem się z zachorowaniami moich pacjentów na błonicę, szkarlatynę czy też świnkę, ale właśnie masowe przyjmowanie szczepień na te poważne dolegliwości właściwie wyeliminowało ich występowanie w społeczeństwie - zdarzają się one dzisiaj naprawdę incydentalnie, a nazwy tych chorób są dla młodego pokolenia najczęściej słowami obcymi. Moim zdaniem dyskusja powinna dotyczyć co najwyżej kwestii ilości, kolejności, odstępów czasowych przy aplikacji szczepionek, ale nie samej konieczności ich wykonywania. Szczepionki skojarzone (wieloskładnikowe) mogą być jak najbardziej przedmiotem kontrowersji, bo tzw. 5 w 1 to rzeczywiście duża ilość jak na jedno szczepienie. Debatować nad tym powinni jednak tylko wysoce kompetentni specjaliści, naukowcy.
Co nie podoba się panu doktorowi w funkcjonowaniu dzisiejszej służby zdrowia?
- Jako jej bardzo doświadczony przedstawiciel nie chcę oczywiście krytykować zastanej rzeczywistości, która jest przecież jak wcześniej wspominałem, o wiele korzystniejsza niż dekady temu. Jednak z czystej troski starszego medyka chciałbym powiedzieć, że w kwestii funkcjonowania ratownictwa medycznego niepokoi mnie szereg ustaleń systemowych. Kiedyś pogotowie funkcjonowało zdecydowanie lepiej, dziś nagła pomoc medyczna kuleje. Przepisy ustawy o ratownictwie medycznym oraz różne rozporządzenia niezbyt ze sobą współgrają, na czym cierpi cała służba zdrowia. Myślę, że Czytelnicy domyślają się o jakie sytuacje chodzi, bo niemal każdy z nas o nich słyszał lub nawet spotkał się z nimi na własnej skórze.
Pan doktor osiągnął wiek emerytalny już kilkanaście lat temu - co więc zdecydowało w pańskim przypadku o dalszym podtrzymywaniu aktywności zawodowej?
- Odpowiem krótko. Moim zdaniem nie można żyć i nie pracować - kocham swoją pracę, a bez niej myślałbym o nieistotnych rzeczach i nudził się niemiłosiernie. Nie chciałbym przeżywać takiego stanu. Chcę dalej służyć moim pacjentom.
Dziękuję za rozmowę i w imieniu Czytelników życzę wiele zdrowia i sił potrzebnych w dalszej pracy.
Kamil Pietraszko


