Dokładnie dnia 5 października 1827 roku o godzinie 9:30 w okolicach wsi Fasty koło Białegostoku miało miejsce zjawisko deszczu meteorytów. Opisał je dosyć dokładnie Jan Wolski, nauczyciel ówczesnego białostockiego gimnazjum, na łamach Dziennika Wileńskiego. Okazuje się, że meteoryty spadały również w późniejszych latach w okolicach Bielska.
- To było jak uczyłem się w 7 czy 8 klasie szkoły podstawowej, czyli ponad 40 lat temu. Poszedłem za las studziwodzki kiełbie łowić w Białce. Tam teraz w planach ma być budowa obwodnicy - opowiada Zygmunt Jakubowski z Bielska. - Zobaczyłem na niebie jasny punkt, który szybko spadając mienił się różnokolorowo. Obserwowałem, gdzie spadnie.
Tajemniczy obiekt spadając się rozdzielił na dwa kawałki.
- Był jeszcze drugi meteoryt, ale ten spadł dalej i nie widziałem dokładnie gdzie. Zobaczyłem obłok pary, gdyż spadł na granicy wody i mułu, na brzegu rzeki . Było to około 50 metrów ode mnie. Wybił mały otwór w gładkim mule, więc wsadziłem tam rękę i rozkopałem. Był niegłęboko. Wiedziałem, co to może być. Podobny odłamek meteorytu widziałem w muzeum we Fromborku. Tam był ciut mniejszy i miał nieco inny kształt, ale kolor podobny, taki zielonkawy z żyłkami - dodaje nasz rozmówca.
W sumie Zygmunt Jakubowski znalazł dwa kawałki - mniejszy, o średnicy 0,5cm (który zagubił po latach) oraz większy, ok. 1,5 cm średnicy. Ten ma do dzisiaj.
- Teraz prawdopodobieństwo że coś spadnie obok mnie z nieba jest mikroskopijne, bo już raz spadło - śmieje się Zygmunt Jakubowski. - Nie za bardzo się też chwalę swoim znaleziskiem, bo obawiam się, że zabiorą je geolodzy.
(ms)
PS. Na prośbę rozmówcy zmieniliśmy jego imię i nazwisko, ponieważ ten wciąż się obawia, że przeróżne instytucje, będą chciały mu odebrać rzadkie znalezisko.


