Pani Irena ma 72 lata mieszka w jednym z domów przy ul.Ogrodowej w Bielsku Podlaskim. Jakiś czas temu zrobiło się o niej głośno, bo chciała wystąpić na sesji rady miasta i upomnieć się o prawo do budynku, który - jak twierdzi - jej rodzina zajmuje od czasów przedwojennych.
Ten dom, w którym mieszkała całe swoje życie, mogła stracić, bo nie jest on własnością jej rodziny, tylko miasta. By uchronić się przed pozbawieniem dachu nad głową, kobieta zaczęła procedurę w celu zatrzymania nieruchomości. Na sesji rady miasta raz chciała wystąpić, ale jej nie pozwolono, później pojawiła się znowu, by opowiedzieć o swych zmaganiach. Cała sytuacja była przedstawiana, jakby miasto wyrzucało kobietę na bruk.
Wraz z rodziną postanowiła rzecz nagłośnić w inny sposób. W internecie powstała nawet strona opisująca jej historię.
Opis ten chwyta za serce, choć też można znaleźć w nim kilka nieścisłości.
„Wszystko zaczęło się w 1925 roku kiedy to moi dziadkowie wybudowali dom przy ulicy Ogrodowa 62 w Bielsku Podlaskim” - czytamy w opisie. „Zawsze uważałam, że dom oraz działka należą do naszej rodziny. Jestem w posiadaniu planów budowy domu”.
Na stronie nawet są opublikowane plany budowy. Jeśli jednak porównać je do budynku, którego zdjęcia też umieszczono, łatwo zauważyć (choćby po rozmieszczeniu i liczbie okien), że plan dotyczy zupełnie innego gmachu niż ten, który stoi przy wskazanym adresie.
„Uważam, że moi przodkowie byli właścicielami tej nieruchomości, jednak w wyniku zawieruchy wojennej nie przetrwały dokumenty, które mogą ten fakt potwierdzić. Moi rodzice oraz dziadkowie byli pewni, że dom i działka są naszą własnością. Ja również przez całe moje życie byłam przekonana, że nieruchomość, na której znajduje się mój dom jest własnością mojej rodziny, mojej matki, a wcześniej moich dziadków” - czytamy na stronie. „Jednak w latach 90-tych okazało się, że to gmina miejska Bielsk Podlaski figuruje w księdze wieczystej jako właściciel nieruchomości, a nie moja rodzina. Nie zawarliśmy wówczas umowy dzierżawy z gminą, ponieważ byliśmy szczerze przekonani, że działka jest naszą własnością. Dlatego złożyłam wniosek o nabycie tejże nieruchomości poprzez zasiedzenie. Niestety, mój wniosek został oddalony przez sąd, a Urząd Miasta, jako właściciel, zwrócił się do sądu o wydanie nieruchomości”.
Bieg zdarzeń jakoś dziwnie rozłożył się w czasie. Według opisu, sprawa zapoczątkowana w latach 90. finał znalazła dopiero w 2020 roku. Zwraca jednak uwagę fakt, iż na stronie nie umieszczono informacji, co dokładnie działo się przez ponad 20 lat. Dlaczego miasto, jako właściciel nie odebrało nieruchomości lub nie uregulowało kwestii jej zamieszkiwania już za kadencji poprzedniego burmistrza i co w tym czasie robiła rodzina pani Ireny, by dom zatrzymać?
„W tym momencie jest wyrok wydania nieruchomości we wrześniu 2020 roku. Wraz z moimi synami od ponad roku staram się porozumieć z panem burmistrzem miasta Bielska Podlaskiego w sprawie uregulowania stanu faktycznego i podjęcia ustaleń co do ewentualnej dalszej możliwości korzystania z nieruchomości. Niestety, bez żadnego rezultatu. Wystosowałam kilkanaście pism w tej sprawie, jednak za każdym razem otrzymywałam negatywną odpowiedź” - czytamy dalej na stronie.
Z opisu wynika, iż pomimo starań burmistrz nie chciał umożliwić starszej kobiecie dożycia w rodzinnym domu.
Za to jest obrazowy opis, jak to „w jednym z pism pan burmistrz stwierdza, że urząd wielokrotnie występował do mnie z prośbą o polubowne załatwienie sposobu korzystania z majątku miejskiego – bezskutecznie. Na każdej wizycie pan burmistrz zapewniał, że nie widzi przeciwwskazań, a do umowy nie doszło. Czuje się oszukana – pomimo ciężkiej choroby stawiałam się w urzędzie prosząc tylko o ten czas, którego niewiele mi pozostało. Ze strony pana burmistrza nie było żadnych prób załatwienia tej sprawy. To po mojej stronie, pomimo ciężkiej choroby, była wola do załatwienia tej sprawy poprzez kilkanaście spotkań z panem burmistrzem, na których to były zapewnienia o pozytywnym załatwieniu sprawy po spełnieniu przez naszą stronę coraz to nowych warunków. Jednym z pierwszych zapewnień pana burmistrza było to, że będę mogła mieszkać w moim domu rodzinnym do końca moich dni. Na kolejnych spotkaniach warunkiem do podpisania umowy było spłacenie wszystkich zobowiązań powstałych w skutek bezumownego korzystania z nieruchomości, co nastąpiło. Na ostatnich dwóch spotkaniach pan burmistrz postawił kolejny warunek, zobowiązujący mnie do rozliczenia się z pozostałymi spadkobiercami: córkami moich braci z nakładów poniesionych na dom znajdujący na nieruchomości. Z opinii prawnej, jaką uzyskałam wynika, iż urząd nie może nakładać na mnie takiego obowiązku rozliczenia i warunkować zwarcia umowy dzierżawy od takiego rozliczenia. Dzierżawa dotyczy nieruchomości, a stosunki pomiędzy mną a innymi współwłaścicielami domu stanowią odrębną kwestię, która zostanie załatwiona w czasie przez nas ustalonym."
„W 2005 roku bardzo poważnie zachorowałam i jestem w trakcie leczenia onkologicznego. Dzięki opiece moich synów byłam w stanie podjąć się leczenia w Warszawie, co wiązało się z dłuższymi pobytami poza domem. W związku z zaistniałą sytuacją jest mi bardzo ciężko i przykro, że u schyłku mojego życia muszę walczyć o mój dom rodzinny, z którego Bielsk Podlaski chce mnie wyrzucić. Mój stan zdrowia wymaga stabilizacji, a nie otrzymywania odpowiedzi pism na moje prośby” - oświadcza dramatycznie pani Irena za pośrednictwem strony internetowej. „Nie widzę racjonalnego uzasadnienie tej decyzji i nie mogę tego zrozumieć. W poniedziałek 14 września 2020 mój syn Jarosław kontaktowa się z panem burmistrzem otrzymał informacje, że umowa zostanie przygotowana na 16 września 2020. W tym dniu z synem skontaktował się pan kierownik Referatu Gospodarowania Przestrzennego z informacją, że nie ma umowy, a urzędnicy przyjadą w piątek sporządzić odpowiednie protokoły potrzebne do porozumienia. I po raz kolejny miałam nadzieję, że sprawa zostanie załatwiona, a okazało się ze znów mnie zwodzą i nie wiem co dalej ze mną będzie”.
W opisie kobieta dodawała też, że nie może zamieszkać z synami, bo oni mają swoje rodziny i najzwyczajniej w świecie kolejna nawet bliska osoba, byłaby obciążeniem.
Jak to wszystko się skończyło? A no tak, że rzeczywiście pani Irena podpisała umowę dzierżawy na najbliższe trzy lata i przez ten okres może spokojnie mieszkać w tym domu.
Jak mimo opisywanych powyżej problemów to się udało? O wyjaśnienia poprosiliśmy burmistrza Bielska Podlaskiego.
- Spełniłem obietnicę daną owej pani, ale ona musiała spełnić pewne warunki - wyjaśnia Jarosław Borowski. - Oprócz uregulowania zaległych należności, jednym z nich było właśnie rozliczenie się, albo kolokwialnie mówiąc dogadanie się z innymi spadkobiercami osoby, która na miejskiej działce wybudowała dom. To nie był jednak mój wymysł. Wszyscy oni mają takie same prawa do tej nieruchomości i w pewnym momencie czworo osób - łącznie z ową panią wystąpiło o dzierżawę nieruchomości. W takiej sytuacji nie mogłem arbitralnie zdecydować z kim podpisać umowę, a z kim nie. Dopiero gdy wszyscy spadkobiercy doszli do porozumienia, podpisanie umowy było możliwe. Umowa dzierżawy jest na trzy lata. Pani Irena może korzystać z domu i działki, oczywiście musi za niego ponosić opłaty związane z dzierżawą, zgodne z obowiązującymi składkami.
Borowski i na sesji, i w rozmowie z nami podkreślał, iż nie może według własnej woli oddawać komuś nieruchomości należących do miasta, bo byłoby to rażące naruszenie prawa. Nawet procedury podpisania umowy dzierżawy są dokładnie określone i urząd czy burmistrz muszą przestrzegać tych przepisów. Nawet jeśli zwykłemu Kowalskiemu wydają się one kłodami rzucanymi pod nogi.
Prawnie działka jest miejska, ale dom na niej rzeczywiście wybudowali rodzice pani Ireny, stąd jest on majątkiem, który podlega dziedziczeniu, ale jak to wspomniał burmistrz, przez wszystkich spadkobierców.
Przy okazji dowiedzieliśmy się również, dlaczego do całego tego zamieszania doszło dopiero w 2020 roku, skoro już w latach 90. ubiegłego wieku miasto upomniało się o tę działkę, a i wcześniej przecież mogło to zrobić. Okazuje się, że podpisana w tym roku umowa dzierżawy wcale nie jest pierwsza. Miasto posiada poprzednią taką umowę, na podstawie której rodzina pani Ireny mogła mieszkać w swoim domu na dzierżawione działce miejskiej. Gdyby takiej umowy nie posiadało, prawdopodobnie działka mogłaby zostać przejęta przez mieszkańców na mocy zasiedzenia.
Na tego typu historie mówi się burza w szklance wody. Choć ta kończy się happy endem.
- Przyznam jednak, że kosztowała ona mnie sporo nerwów - kwituje burmistrz. - A czego się nasłuchałem o tym, jaki to ja jestem...
(bisu)


