Bielszczanka opowiada o tym, co jej rodzina przeszła, gdy zaczęli u siebie podejrzewać koronawirusa.
Mąż wrócił z zagranicy. Pracował na budowie w Niemczech, ale musiał pilnie przyjechać do domu, bo miał tu sprawy do załatwienia. Na budowę trafił z całą załogą firmowym busem. Wracał busem prywatnego przewoźnika.
Wszystko działo się w ostatnią sobotę, kiedy jeszcze nie odwołano zajęć w szkołach i wydarzeń kulturalnych. Nie było jeszcze kontroli sanitarnych na granicach, ani tak ogromnej paniki.
- My też nie panikowaliśmy - mówi bielszczanka. - Mąż nie przechodził żadnych badań, po prostu jak zawsze odebrałam go na dworcu w Białymstoku i wróciliśmy do domu. Jednak nasz kilkuletni syn dostał gorączki i zaczął kaszleć. Dałam mu lekarstwo i pomogło. Po jakimś czasie podobne objawy miał też mąż.
To wszystkich trochę wystraszyło.
- Zadzwoniłam do przychodni lekarskiej, by umówić wizytę u lekarza - mówi kobieta. - W rozmowie przyznałam, że maż niedawno wrócił z zagranicy. Na wizytę nas nie umówiono. Kazano nam za to skontaktować się z sanepidem. Zadzwoniłam pod wskazany numer. Tam pani dokładnie przepytała nas o objawy i okoliczności ich pojawienia się. Uspokoiła nas, że nasze schorzenia wskazują na to, iż raczej nie jest to koronawirus. Konsultowała to nawet ze specjalistami. Jednak zaleciła nam kwarantannę, czyli mieliśmy nie wychodzić z domu. A w razie komplikacji prosiła o kontakt z lekarzem rodzinnym lub udanie się do oddziału zakaźnego w Białymstoku. W sprawie leczenia gorączki mieliśmy się kontaktować telefonicznie.
Nikt nie badał członków rodziny.
- Lekarka przez telefon wysłuchała, jakie mamy objawy i powiedziała nam, jakimi medykamentami zbijać ewentualną gorączkę - przyznaje nasza rozmówczyni. - Początkowo też wydawało nam się to dziwne i się denerwowaliśmy. Ale później na spokojnie uznałam, że wszystko zadziałało jak trzeba. W przychodni skierowali nas do sanepidu. Tam po wywiadzie stwierdzono, że nie jest to koronawirus. Po prostu nasze dziecko, jeszcze przed przyjazdem męża złapało jakąś infekcję. A później mąż się od niego zaraził. Leki pomogły. Wszyscy są już zdrowi. A że nas lekarz rodzinny nie przyjął? Cóż, jako matka, też nie chciałabym, żeby lekarz przyjmował w przychodni kogoś, kto może być zarażony koronawirusem, a później badał mnie lub moje dziecko. I nas zarażał. W razie komplikacji mogliśmy trafić na oddział zakaźny do Białegostoku, ale nie było takiej potrzeby. Po co mieliśmy tam jechać, komplikować sobie sytuację i blokować miejsce, komuś, kto rzeczywiście mógłby być chory? Generalnie wszystko było jak powinno być. Po prostu nie warto panikować.
Bielskie firmy budowlane zaleciły wszystkim pracownikom wracającym z zagranicy kontakt z Powiatowa Stacją Sanitarno-Epidemiologiczną i kwarantannę. Przypomnijmy, nie wszyscy będący za granicą mogli mieć kontakt z koronawirusem. Pracownicy przedsiębiorstw z Bielska na miejsce budowy za granicą jadą służbowymi busami. Tak samo też wracają. Unikają w ten sposób przebywania na dworcach lub lotniskach, gdzie mogliby mieć styczność z innymi podróżnymi, w tym także tymi potencjalnie zarażonymi koronawirusem. Na miejscu budowy budowlańcy mieszkają w wynajętych kwaterach. O ile w trakcie pobytu za granicą nie przebywali na terenach występowania koronawirusa i nie organizowali wypadów lub wycieczek po okolicy, ryzyko zarażenia nie było aż tak wielkie.
Wymóg kwarantanny i kontaktu ze Stacją Sanitarno-Epidemiologiczna mają wszystkie osoby, które wracają z zagranicy.
(bisu)


