Kolejne opowiadanie Barbary Goralczuk (po swojomu) dotyczy jaskółek i ich piskląt, czyli poniekąd macieżyństwa i opieki rodzicielskiej oraz tego jak my ludzie zachowujemy się wobec zwierząt, czy im pomagamy, czy też ich los jest nam obojętny.
Życzymy przyjemnej lektury.
(ms)
Ptaszyniata
Bat’ko wjechaw trachtorom na puodwuore.
Czut’ pomieściwsia w bramu, chocz brama szyroka, ale weliziarny trachtor tiahnuow weliziarnu pryczepu założonu sienom. Pomaleńku, bo perejyezd na puodwuorku byw wuski, czut’, czut’ za wuski... Ja stojała koło bramy, żdała kob jeji zaczyniti. Trachtor pyrkotaw, samo minaw perechod pomiż stareju, derewiannoju chatoju, a nowoju, tam było bardzo wusko... i ne pomieściwsia!
Bach! Stuknuło koliaso pryczepy w stupieniok schodów! Stranułaś staraja chata! Trachtor pojechaw dalej, ale... Puod balkom chaty byli dwa hniezda, jakije prylipili tam łastowki. Chata stranułaś i hniezda oborwaliś, wpali na zemlu! Ja pobiehła puod chatu.
Diwiuś - na zemlie liżyt hlina, puch, sienko z hniezdów i... piskleniata! Czetwero buolszych, takich z pier’jom, prykuliłiś koło ściny, widno z odnoho hnizda. Z druhoho hnizda na zemlie lieżało 5 maleńkich, poczti hołych bez pier’ja, maleńkich pisklieniat... Odne ne żyło, zabiłoś…
Sidiat perelakany pisklieniata na zemlie koło ściny, a ich roditieli, łastowoczki krużat nad mojeju hołowoju, szczebioczut, kryczat! Boże, tak szkoda łastowok! Szto robiti!?
Naraz pryszła mati. Koli zobaczyła, szto stałoś, czut’ ne rozpłakałaś.
- Ojoj!, biedneńki ptaszyniatka! Sztoż toj bat’ko narobiw! Ślipyj czy jak!? - złowała mati.
- Mamo, tut było za wusko, pryczepa ne pomieściłaś. Treba było jechati z tym sienom za kłuniu - skazała ja.
- Oj, ludkowe... a szto teper z tymi małyszami zrobiti? Zara koty ich połapajut - mati krutiła hołowoju, ale niszto juoj ne prychodiło w hołow, jak by ratowati biedneńki pisklieniata.
- A kob ich w łubianku wsaditi? - dumała ja hołosno.
- W jakuju łubianku? Jak łastowki ich ne nakormiat, to małyje i tak zdochnut z hołodu. Budesz im łapati muchi? - udiwiłaś mati.
- Nieeeee, czykaj, mamo! Dawaj łubianku! - rozkazała ja.
Mati poszła do chliwa i prynesła łubianku, znaczyt takij zwyczajny, derewianny koszyczok na truskawki. A ja pilnowała małych, bo kuot uże ich zobaczyw, pryszow i chotiew łapati. Ja joho prohnała hrabliami.
- Psik! To ne tobie!
Wziała ja łubianku, położyła troszku siena, i pozbirała resztki z hniezduow - puch, sienko, resztki hliny. Z odneji storony kabłuka położyła buolszy ptaszeniatka, a z druhieji menszy. Wyszło tak jakby dwa hniezda, dwie siem’je w odnuj korobci.
A staryje łastowki litali tak blisko, szto czut’ ne bili mene w hołow! Biedneńki, chotieli ratowti swoje dieti!
Prynesła ja drabinu. Wziała mołotok, gwoździ, sznurok i dawaj prybiwati tam, de było łastowczyne hnizdo. Wbiła gwuoźdź, powiesiła koszyczok za kabłuk, prywiazała szpagatom. Wsio.
Na raz pryszow bat’ko.
- Szto robite? - zapytaw, bo baczyt, ja i mati silno zaniaty.
- Ratujem łastoniała. Ty popsowaw ich hnizdo - skazała ja złusno.
- Eeee, aaaa... A żywut?
- Żywut - każu.
- Nu to i dobre. Szkoda małych. Ale dobre ty zrobiła. Łastowka prylietit, wyhoduje małyje, zobaczysz.
My odyszli od stareji chaty, kob wże ne liakati biedneńkich ptaszok.
Ja sieła koło płota i żdała, szto teper zrobiat bat’ki - łastowki. Litali wsie koło swoich diti. Nedowho odna, widno śmiliejsza, sieła na berehowi koszyczka. Potum sieła druha...
Puod weczuor, wże wsie, staryje i maleńki zadomowiliś w łubianci koło balka stareji chaty. Łastowka siadała na berehowi, a z koszyczka wyhliadali 4 hołodny, rozdziawiony dziobki…
Tak i treba.
Barbara Goralczuk


