Nikt tak nie cieszy człowieka, jak możliwość spróbowania towaru regionalnego, nazwijmy to, domowej produkcji.
Tym razem na bielskim ryneczku spotkaliśmy panią z Romanówki, ale nie tej spod Siemiatycz, a spod Korycina. Nic w tym dziwnego, że oferowała sery. Korycin wszak z nich słynie. Sprzedawczyni była na tyle miła, że pozwoliła przed zakupem spróbować swoich produktów. Fakt, sery mają swoją cenę i są zapewne droższe niż w sklepie, ale sam smak to niebo w gębie. Wybraliśmy ten najostrzejszy.
Chyba dochodzimy do kresu sezonu pomidorowego. Na ul. Krynicznej były dziś pomidory, fakt nie za duże, ale sprzedawca oferował je tylko po 1,50 zł za kilogram. Taniej już raczej nie będzie.
Nieco dalej natknąć się można było na bardzo ciekawe stoisko z przeróżnymi drobiazgami. Sprzedający oferował tam... najprawdziwszą procę. Kiedyś bawiły się tym dzieci (dziś bawią się raczej smartfonami). Proce wzbudziły spore zainteresowanie starszych mieszkańców miasta, zapewne, aby mogli ganiać szpaki albo gołębie. Kilka stoisk zostało opanowanych przez Azerów. Tym razem ludzie z Kaukazu oferowali oprócz kosmetyków niewiadomego pochodzenia pościel. Można się było targować i to ostro. I nikt się nie obrażał.
Jesień daje się odczuć i na stoiskach coraz więcej swetrów i polarów. Był też stragan z mundurami. Za 20 zł można było kupić czapkę, wzoru US Army – bardzo fajna, bo wielofunkcyjna i na jesień jak znalazł, bo ma dodatkowe nauszniki.
(ms)
Czwartek na bielskim targowisku:


